“Dano mi ciało, co zrobić z tym ciałem,
takim jedynym, własnym i zuchwałym?”
O. Mandelsztam
“Ciało jest dla kobiet zadaniem, balastem, lokatą kapitału i nadziei, koszmarem, którego istnienie uruchamia niemałą część nowoczesnego biznesu. Z kobiecym ciałem ciągle trzeba coś robić, żeby było jakieś, żeby się móc w nim rozpoznać, lub by móc je zaakceptować. Usta, najlepiej czerwone, wydęte, wilgotne, erotyczne. Trzeba więc ich stale doglądać, niczym niesforne dzieci, poprawiać, nawilżać, korygować, wypełniać. Trudno co prawda dzięki tym wszystkim zabiegom normalnie spożywać posiłki czy pić napoje, ale jaki efekt! Kobieta z męskich snów nie dość, że jest gładka jak aksamit, to jeszcze jest przedziwnie wykończona, jak spod igły (męskiego) krawca. Jej dłonie wieńczą pomalowane, długie paznokcie, które czynią ją bezradną wobec prac, np. konieczności stukania w klawiaturę; jej stopy tkwią w butach na wymyślnych, niebotycznych obcasach, które czynią ją bezradną wobec napastników (nie ucieknie) czy ruszającego z przystanku autobusu (nie dogoni), za to sprawiają, że pod koniec życia będzie wdzięcznym pacjentem specjalistów. Jej oczy skryte są za kilkoma gramami tuszu nałożonego na rzęsy, które – stworzone przez naturę do higieny oka stają się zaprzeczeniem własnej istoty; zamiast chronić przed kurzem- stają się jego siedliskiem. Kobiety, gdy patrzą na swoją twarz, oceniają ją, afirmują lub jej nie znoszą. A ponieważ są z reguły pracowite i skupione na konkrecie, zabierają sie do pracy, codziennie, kilka razy dziennie, mozolnie, z uporem, marnotrawiąc czas, energię i gubiąc swoją tożsamość. Ileż to różnych kobiet mieszka w naszym łazienkowym lustrze: ta zmęczona, ta przed makijażem, ta w trakcie makijażu, ta, która jest mimem, bo zaschła na jej twarzy maseczka obkurczająco-czyszcząca, wreszcie ta, którą chciałoby się być, a która z wiekiem coraz bardziej się oddala. A włosy? Można by napisać doktorat o niechęci naszej kultury (i innych) do włosów. Jak są proste, kręcimy je, jak są kręcone – prostujemy. Jak są blond, farbujemy na czarno, jak ciemne, dodajemy pasemka. Owłosienie na ciele kobiety jest tak radykalnie niezgodne z kanonami nie tylko piękna ale i “kobiecości”, że chcąc wyjść za mąż, zachować mężów i w ogólności podobać się – trzeba pilnie kontrolować owłosienie. Chudą być! Anorektycznie lekką i kościstą. Jak Barbie. “Ponieważ nie można zaprzeczyć niewinnemu zapotrzebowaniu organizmu na pokarm, ciało staje się wrogiem, obcym bytem mającym na celu jedynie udaremnienie dyscyplinującego projektu”- pisze Sandra Lee Bartky. Walka z nadwagą może stać się nośnikiem sensu bycia. Sens bycia bowiem to nic innego jak pewna całość podporządkowana celowi, który wprowadza ład. Myśl o odchudzaniu ożywia stary mit początku: “zaczynam od jutra”, “od poniedziałku”, “od nowego roku”, daje poczucie przeżywania sytuacji granicznych: “będę piła tylko wodę”, “będę jadła tylko selery”, “nie będę nic jadła prócz 1000 kalorii dziennie”.”
Magdalena Środa, Kobiety i władza.
“A każdy swoje ciało ma i swoją w ciele ciemność. Cóż nam zostało?”- śpiewał Jacek Kaczmarski… Z ciałami jest problem co najmniej od czasów Platona, który przekonywał, że to dusza jest tym, co w człowieku boskie, wieczne i piękne. Platoński dualizm, prymat poznania rozumowego (świat idei), nad poznaniem zmysłowym (świat materii), kładzie się cieniem na całej naszej kulturze. Rozwijamy umysły, zdobywamy wiedzę, pozycję…a ciało niby cichy sługa jest naszym mniej lub bardziej milczącym towarzyszem. Z ciałami jest problem, kiedy nie są takie, jak powinny być, czyli zdrowe, piękne, młode, jędrne, wysportowane, sprawne. Niewiele jest w naszej kulturze wzorców harmonijnego rozwoju ducha i ciała. Znacznie więcej fiksacji na temat ciał: obsesyjne zainteresowanie jego seksualnością, przykrajanie do wyśnionych ideałów, niby do jedynej, porządnie zrobionej boskiej foremki, rozpaczliwe próby powstrzymania starzenia, aż do granic absurdu. Filozofia wschodu, która notuje u nas okresowo fale zainteresowania, wypracowała na przestrzeni tysięcy lat programy rozwoju ducha połączone z pracą nad własnym ciałem, idee spójności jako ideał, którego osiągnięcie pozwala na pełną realizację własnych możliwości, własnego potencjału. Ale kto jest dziś w stanie, w kulturze, w której żyjemy, nie zgubić się i pójść taką drogą, świadomie przeciwstawić się naszemu dziedzictwu (z chrześcijańską pogardą dla ciała), przemysłowi kosmetycznemu i reklamie (które cierpliwie kreuje w umysłach konsumentów potrzeby posiadania np. kremów na różne partie skóry), medialnemu ideałowi piękności (zapełniającemu kolejki w gabinetach piękności, chirurgów plastycznych, u dietetyków i psychiatrów) czy wreszcie naszym bliźnim, odchudzającym się lub świetnie wyglądającym, częstującym kalorycznymi przekąskami “mizernie coś wyglądasz”, zawstydzających odmawianiem wszelkich pokarmów “jestem na diecie”, obgadującym : “ależ ta Iksińska schudła”, “ten Ygrekowski to się dopiero roztył”, zafascynowanym “jak dobrze wyglądać nago”, “jak się nie ubierać”,”jak schudnąć 20 kg w 5 dni”, “w rękach chirurgów plastycznych”, itp. itd.
Bo ciało można traktować z rozpaczliwą atencją i poddać się jego dyktatowi. Maskować jego niedoskonałości kostiumem (ach dobry kostium, to materiał na cały elaborat!), przystrajać szczególnie udane fragmenty makijażem, przykrajać i rozciągać, by stworzyć złudzenie wigoru i młodości, uklepywać, ścierać, odnawiać… Ćwiczyć i rzeźbić niedoskonałe ciało, wypełniać silikonem, ostrzykiwać botoksem, bombardować “molekułami” i witaminami, szprycować recepturami na wigor, brak snu czy koncentracji, eksperymentować z dietami cud, liśćmi cud, pastylkami-cud, właściwie zajmować się nim 24h na dobę. Gdyby przeciętny zjadacz chleba chciał wypełniać nakazy wszystkich specjalistów od ciała, powinien codziennie ćwiczyć ciało, dotleniać ciało, masować różne fragmenty ciała (w tym twarz), chroniąc je przed zwiotczeniem, codziennie z atencją pielęgnować ciało, relaksować ciało, gładzić ciało, upiększać ciało, chronić przed starzeniem, oczyszczać od zewnątrz i wewnątrz z jednoczesnym zaopatrywaniem w niezbędne składniki…(listy konieczności z pewnością nie wyczerpałam…) ;)
Ciało można też odrzucić, znienawidzić, jako przymusowe więzienie duszy, uczynić czymś nieobecnym, niemal przeźroczystym, bo nie jest “takie jak aktualnie lansowany ideał”, bo “wymknęło się spod kontroli” lub “jest kalekie czy chore”. Można je rujnować alkoholem, papierosami, narkotykami, zaśmiecać bezwartościowym pożywieniem, lekceważyć jego potrzeby, zająć się wyłącznie własnym intelektem. Zaniedbane ciało – pogardliwie traktowany niewolnik, o szarym odcieniu skóry, zesztywniałych stawach, przepocone, wstrętne posiadaczowi, z wiekiem narastające źródło uporczywych dolegliwości, eksploatowane 24h na dobę, ma być sprawne i nie wydawać z siebie ani pisku buntu. Skatowane wymuszonymi pozycjami siedzenia (stania), nadmiernymi ćwiczeniami aż do bólu lub przeciwnie, obciążone nadmiernymi kilogramami, odbierające hormonalnie stresogenne bodźce z umysłu – ciało zaczyna szmerać, kołatać, uciskać, przebiegle i niezauważalnie się degenerować, kłóć, boleć – buntować się i nie mniej bezlitośnie jak ich właściciele wypominać lata zaniedbań i brak troski. Idzie więc pognębiony władca ciała, gdy sygnały płynące od niewolnika zagrażają już integralności jego wspaniałego ducha do lekarzy ciała, żeby coś zrobili, najlepiej naprawili to, co zepsute. Czasem naprawią, a czasami jest za późno. Umiera się przecież cieleśnie.
Można jednakże potraktować swe ciało jak dom (hröa), jako towarzysza podróży czy wreszcie jako obiekt sztuki życia. Ciało, którego zewnętrzność odbija naszą osobowość, pragnienia i potrzeby – i stan naszej duszy. Z uwzględnieniem kolorów, które oddają nastroje, form, które w zależności od potrzeb chronią, podkreślają, ukrywają – zawsze jednak pozwalając ciału na swobodę. Pozwalając ciału na relaks, którego potrzebuje, na ekspresję (np. tańcem, gestem), która nadaje mu znaczenie, dostarczając mu troskliwie dobranego pożywienia, które zapewni mu sprawność i dbając o codzienną dozę ruchu dla niego, by jak najdłużej nam służyło niczym dobrze naoliwiony mechanizm, którym w istocie jest. To na pewno wymaga czasu, potrzebnego na wypracowanie sobie dobrych dla ciała nawyków. Wymaga też troskliwości, by wsłuchać się w jego potrzeby, uwagi względem zmysłowych odczuć i komunikatów. Tak naprawdę nie jest łatwo dowiedzieć się, czego nasze ciało chce i potrzebuje. A niemało czasu i umiejętności porządkujących zajmuje wyłuskiwanie ze świata informacji, co jest dla ciała dobre, jakie zaś zabiegi są już przesadą i propagandą. Ale warto. Dom duszy traktowany z czułością służy długo i wiernie, zdolny jest do wykonywania wielkich zadań, zadziwia możliwościami regeneracji, odbiera fascynujące bodźce z otoczenia i jest źródłem wielkiej fizycznej radości i przyjemności życia. Przyglądam się swojemu ciału, staram się je chronić, nadawać mu znaczenie. Mam swój dobry, stale rozwijany program, który z realizuję nie bez wzlotów i upadków. A dla pociechy i nauczenia się uwagi wobec ciała czytam Poświatowską:
Podsłuchane
Gdy tak leżą bezczynnie lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepczą moje stopy w nie kończące się zimowe wieczory. One mówią, sobie mówią o nagrzanym sypkim piasku przywierającym do nich miękko. Bezwładnie tak leżące myślą o ziemi, ciągle o ziemi. Wąskie trawy tam rosną i nakrapiane jaszczurki przebiegają pospiesznie. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć odpoczywającej mrówki, idą jedna za drugą, jedna przed drugą moje śmieszne bose nogi.
nie mam dawnej czułości dla mojego ciała
nie mam dawnej czułości dla mojego ciała
jednak je toleruję jak pociągowe zwierzę
które jest pożyteczne chociaż wymaga wielu starań
dostarcza bólu i radości i bólu i radości
czasem zastyga z rozkoszy
a czasem jest schronieniem dla snu
znam jego korytarze kręte
wiem którędy przychodzi zmęczenie
jakie ścięgna napina śmiech
i pamiętam jedyny smak łez tak podobny
do smaku krwi
moje myśli – stado trwożnych ptaków
karmią się na zagonie mego ciała
nie mam dla niego dawnej czułości
ale czuję ostrzej niż przedtem
że sięgam nie dalej niż moje wyciągnięte ręce
i nie wyżej niż mogą mnie unieść wspięte palce u nóg