Kanały:
Wpisy
Komentarze

Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:
Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie wzrok niknął w gęstych krzakach i konarach;

Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo, jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,

Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyły się jeszcze śladów czarne smugi.
Och, wiedziałem: choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi prowadzą – i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi: pojechałem tą mniej uczęszczaną -
Reszta wzięła się z tego, że to ją wybrałem.

Robert Lee Frost, “Droga nie wybrana” (The Road Not Taken) [tłum. nieznane].

“Mnie jak rzece
Surowa epoka zmieniła bieg.
Zmieniono mi życie. Innym nurtem
Obok innego życia popłynęło
I oto nawet nie znam swoich brzegów.

Anna Achmatowa, fragm. Requiem, tłum. Seweryn Pollak

“Mężczyźni tamtego pokolenia mieli surowy kodeks wartości. Ich dzieciom, dużo bieglejszym w dokonywaniu transakcji z własnym sumieniem (czasami bardzo korzystnych), tamci mężczyźni często wydawali się prostakami. Jak wspominałem, nie byli zbyt świadomi samych siebie. Nas, ich dzieci, wychowano – czy też wychowaliśmy się sami – w wierze w złożoność świata, w znaczenie niuansów, aluzji, szarych obszarów, psychologicznych aspektów tego czy tamtego. Teraz, osiągnąwszy ich ówczesny wiek, masę fizyczną i nosząc ubrania ich rozmiarów, widzimy, że wszystko sprowadza się do “albo-albo”, do zasady “tak lub nie”. Przez całe niemal życie musieliśmy uczyć się tego, co oni wiedzieli od początku: że świat jest miejscem groźnym i nie zasługuje na nic lepszego. Zasada “tak lub nie” nieźle ogarnia całą złożoność, którą odkrywaliśmy i kultywowaliśmy z takim upodobaniem i dla której nieomal wyrzekliśmy się siły naszej woli. (…) Kiedyś szliśmy z ojcem w słoneczne popołudnie przez Letni Ogród, miałem wtedy dwadzieścia, może dziewiętnaście lat(…) nagle zapytałem, które obozy uważał za gorsze: hitlerowskie czy nasze. “Wolę być raczej spalony od razu na stosie, niż umierać powolną śmiercią i znajdować w tym jakiś sens”.”

Josif Brodsky, Dyptyk petersburski czyli przewodnik po przemianowanym mieście.

Wybór jest zawsze. Diabeł, jak się zdaje, tkwi w dostępnych możliwościach wyboru.

Jak się zostaje pisarzem?

“A: Zacznę od kwestii z pozoru banalnej. Zauważyłam, że na wieczorach autorskich
czytelnicy często pytają o początki pisarskie. Chcą po prostu wiedzieć, jak się zostaje pisarzem. Czy takie pytania zdarzały się także panu?
B: Owszem, zdarzały się. Bardzo dobrze to zresztą pani wyraziła, bo mnie się zdaje, że u podłoża tych pytań zawsze, albo prawie zawsze, leży chęć zdobycia sekretu, tajemniczego zaklęcia, formuły, która pozwoliłaby ułatwić karierę pisarską tym, co o tym marzą.
A: A na czym polega ten sekret?
B: Nie wiem, czasem nawet wydaje mi się, że nie ma żadnego sekretu. Prosze mnie dobrze zrozumieć: nie lubię tak zwanych natchnionych twórców, to jest takich, którzy udają przed publicznością, że poruszają się w strefach niedostępnych dla przeciętnego czytelnika. Nie lubię także tych, którzy wymyślają sobie dziwaczne przygody życiowe i twierdzą, że one właśnie wpłynęły na to, iż pewnego dnia stali się artystami. Takie kreowanie siebie na kogoś niezwykłego jest romantyczne i dość mi obce.(…) Ośmielam się twierdzić, że zdolność pisania mają wszyscy lub prawie wszyscy, tak samo jak zdolność malowania czy komponowania prostych utworów muzycznych. Gdyby było inaczej, poeci pisaliby dla poetów, kompozytorzy byliby rozumiani tylko przez swoich kolegów po fachu, a malarze malowaliby tylko dla malarzy. Na szczęście tak nie jest. Doskonały odbiorca jest też artystą, i to rzadkim. Jest to ktoś taki, który potrafi odtworzyć w sobie arię, koloryt obrazu czy wiersz, i to odtworzyć dokładnie, z taką samą bezinteresowną radością, jakby to on był autorem.
A: Dobrze. Załóżmy, że ma pan rację. Być może, że istotnie odbiorca- czytelnik, słuchacz czy widz – jest potencjalnym autorem, to znaczy, mógłby tworzyć, ale tego zaniechał, prawdopodobnie z braku odwagi. Ale pan się odważył. Chciałabym wiedzieć, w jakim momencie i dlaczego?
B: No wiec dobrze, powiem; może to rzeczywiście jest ważne. Zacząłem pisać w czasie wojny. Zamieszczony w tym tomie wiersz “Dwie krople” nie jest, jeśli pamiętam, pierwszym jaki napisałem, ale pierwszym, do którego mogę się po latach przyznać. Miałem wówczas kilkanaście lat. Była wojna. (…) Chciałem zauważonej jednostkowej sytuacji nadać szerszy wymiar, albo raczej ukazać jej perspektywy głębsze, ogólnoludzkie.(…) Nie jest rzaczą możliwą, a nawet potrzebną objaśnianie wierszy za pomocą opisania momentu, który powstanie wiersza zainspirował. Dlatego właśnie, na początku, broniłem się opowiadaniu o życiu. Utwór literacki, jak każde inne dzieło sztuki, musi być samoistny, “stać na własnych nogach” niezależnie od przeżyć, jakie go powołały z niejasnej krainy obrazów, emocji, przeczuć. I musi być utrwalony w języku w sposób narzucający się wyobraźni. (…) Na czym – zdaniem pani – najbardziej zależy autorowi?
A: Żeby być czytanym, i to czytanym z uznaniem czy nawet z uwielbieniem.
B: Na pewno, ale jeszcze ważniejsze od tego jest, aby czytelnik zaakceptował coś, co bym nazwał regułami gry. Kardynalną zasadą jest zrozumienie intencji autora, jego zamiarów, jego poetyki, jego świata.  Nie ma to nic wspólnego z bezkrytycznym stosunkiem do sztuki, ale z drugiej strony nie wolno żądać od autora wszystkiego, żeby był jednocześnie zabawny i smutny, głęboki i łatwy,  uczony i prostaczek. Pisarz zaprasza czytelnika do gry, do gry na serio, do gry wyobraźni i może być sądzony tylko za to, jak tę grę przeprowadził, to znaczy, jak wywiązał się ze swoich obietnic w ramach zaproponowanej konwencji, czyli umowy. (…) Chciałbym, i to jest moja wiara w czytelnika, żeby był on moim wspólnikiem, żeby pracował ze mną. Sądzę, że ci, którzy dostarczają łatwej rozrywki, mają jakiś pogardliwy stosunek do swego odbiorcy. Ja go traktuję jako swego partnera, z całym szacunkiem dla jego odmienności, władzy sądzenia i krytycyzmu.

Zbigniew Herbert, wstęp do Zbigniew Herbert, Poezje wybrane, Wa-wa 1973, [w:] Węzeł Gordyjski.

(…)

Nie bardzo rozumiem konstrukcję duchową pisarza, który odkłada realizację swoich projektów na przyszłość. Taki twórca popełnia kadrynalny błąd, nie liczy się bowiem z jedną rzeczą – ze śmiercią – przed którą powinno być
powiedziane to, co musi być powiedziane. A czasu mało.

Zbigniew Herbert, Pisarz – czytelnik – krytyka 1971, “Życie literackie” 1971, nr. 51 [w:] Węzeł Gordyjski.

Przypowieść IX

“Dwóch mnichów zen sposobiło się do przejścia rzeki w bród, kiedy nadeszła młoda, piękna dziewczyna. Ona również pragnęła przeprawić się na drugą stronę, lecz przerażała ją gwałtowność nurtu rzeki.
Jeden z mnichów wziął ją zatem z uśmiechem w swoje ramiona i przeniósł na drugi brzeg. Jego towarzysz zawrzał gniewem: mnichowi nie wolno dotknąć ciała kobiety!…I przez całą dalszą drogę nie rozluźnił zaciśniętych z gniewu zębów. Dwie godziny później, kiedy dochodzili już do klasztoru, oznajmił nawet tonem wymówki, że powiadomi mistrza o tym, co zaszło:
- To, co zrobiłeś, jest zawstydzające i zabronione przez regułę naszego klasztoru!
Wielce to zadziwiło jego towarzysza:
- Co jest zawstydzające? Co jest zabronione?
- Jak to? Zapomniałeś, co zrobiłeś? Już tego nie pamiętasz? Przecież niosłeś piękną dziewczynę w swoich ramionach!
- A, o to ci chodzi – przypomniał sobie ze śmiechem pierwszy z mnichów. – To prawda, że ją niosłem. Ale upłynęły już dwie godziny, odkąd zostawiłem ją na drugim brzegu, a tymczasem ty ją nadal niesiesz na swoich plecach.”

Opowieść zen. Bajki filozoficzne.

Michel Piquemal komentuje historię w ten sposób: “Drugi z mnichów nie niósł dziewczyny, ale wręcz płonął pragnieniem zrobienia tego i dlatego nie potrafił o niej zapomnieć. Jeśli nawet nie sprzeniewierzył się regule klasztoru
uczynkiem, zrobił to w myśli i właśnie myśli nie przestają go dręczyć.”

Myślę o tej historii często. Pomaga na wiele sposobów. Kiedy poczuję się zła, urażona, kiedy coś mnie gnębi. Złe uczucia noszone w sercu są jak dziewczyna w myślach mnicha.  Najlepiej dać im popłynąć z nurtem rzeki, albo zostawić je na drugim brzegu. Po co nosić na sobie ciężary?

Prymityw?

“Był rok 1961. Mówiliśmy po angielsku. On – swobodnie, ja – z trudem. W dodatku on, Oksford czy Cambridge, mówił z manierą klas wyższych, sepleniąc półgębkiem, nie patrząc na rozmówcę. Wiatr wiejący z Poczdamu, czy też z Jałty, porywał jego monosylaby, nachylałem się po nie i zbierałem pilnie jak jałmużnę. Wracaliśmy z jakiegoś spotkania na szczycie kulturalno-artystycznym Warszawy z młodą gwiazdą londyńskiej krytyki i teatru, która do tego szczytu zniżyła się przelotnie. Ja miałem już trzydzieści jeden lat, ledwie wyszedłem spod klepiska, od razu stuknąłem głową w żelazny sufit. On, młodszy ode mnie, już wzniósł się był wysoko i miał wznieść się jeszcze wyżej, gdyż na zachód od Łaby aż po wschodnie wybrzeża Pacyfiku żadnego sufitu nie było. Opowiadał mi, jaki jestem szczęśliwy o jak on mi zazdrości, że żyję w socjalizmie, a nie w kapitalizmie. Po czym rozstaliśmy się przed hotelem Bristol na Krakowskim Przedmieściu. Nazajutrz wracał do Londynu. A ja? Ja zostawałem na zawsze. A jednak nie na zawsze. Dwa lata później uciekłem z transportu. Skoczyłem w ciemno, ale miałem szczęście, choć już nie to, które mi przypisywał i opisywał mój pamiętny rozmówca. Być może powinienem być mu wdzięczny, zawdzięczam mu cząstkę tej frustracji i furii, która mnie popchnęła do skoku. To salto mogło być mortale, ale ocaliło mi życie. Życie, a nie żyćko. Żyćko nigdy mnie nie interesowało i nadal nie interesuje.

Po raz drugi zobaczyłem go na początku lat siedemdziesiątych podczas jakiegoś międzynarodowego kongresu w Montrealu. Był już jednym z największych autorytetów ówczesnej awangardowej dekady, i słusznie, bo na pewno był uzdolniony, wyrafinowany, niezwykle wykształcony. Jednak talent i wiedza, to i tylko to, bez czegoś jeszcze, też mnie nie interesują. Uczestników kongresu był cały tłum, więc nie zetknąć się z nim bezpośrednio i uniknąć podania mu ręki, tylko ręki, bo w oczy, już wiedziałem, nie patrzył, przyszło mi z łatwością.

Kiedy umarł, już dawno temu, zmarł bowiem młodo, żałowano go powszechnie i intensywnie. Ja nie uroniłem ani jednej łzy. Jestem zbyt prymitywny, żeby być hipokrytą.”

Sławomir Mrożek 2002, Uwagi Osobiste.

“O czym marzy felietonista, gdy wzmaga się upał za oknem, z czoła płynie pot, a w głowie rośnie rozpaczliwa pustka? Felietonista marzy o dziennikarzu, który zjawi się nagle, aby wyrwać go z absolutnej duchowej prostracji. Jaką metodą – pytacie? Błogosławioną metodą wywiadu. Zamiast pocić się parę godzin nad pustą kartką papieru, wszystko odwala się w piętnaście minut. Poza tym odpowiedzialność intelektualna za wywiad jest rozłożona na “wywiadowcę” i odpowiadającego, trudno bowiem na głupie pytania odpowiadać mądrze. W końcu urok wywiadu polega też na tym, że wystarczy wygłaszać opinie i sądy, niewiele troszcząc się o argumenty. Niech żyje wywiad, precz z felietonem! Po tym okrzyku ktoś zapukał do mych drzwi. Rogowe okulary, kraciasta marynarka, notes w ręku. Nie ma wątpliwości: dziennikarz – wybawca. Nie bardzo chciałem badać czy on jest z krwi i kości, czy z materii marzenia. Spojrzał przenikliwie i zadał pytanie:

- Czy sądzi Pan, że grozi nam zalew szmiry?

- Nie wiem, czy zalew, ale na pewno przypływ. Zresztą zjawisko jest skomplikowane i wymaga dokładnych studiów. Teoretycy radzą nad “modelem kultury”, a tymczasem tłumione od lat gusty zaczynają kształtować konkretną sytuację. Doszło do głosu zapotrzebowanie na artykuły rozrywkowe masowego spożycia, które przecież mieszczą się w szerokim pojęciu kultury. Trzeba na to spojrzeć spokojnie i nie rozdzierać szat, że amatorów liryki, kwartetów smyczkowych i taszyzmu jest mniej niż amatorów jazzu, filmów amerykańskich i powieści kryminalnych. Ta znaczna część młodzieży, która nie wie, kto to jest Białoszewski, a zna dobrze Armstronga, nie jest zupełnie stracona dla kultury z “wyższych pięter”, gdzie rozrywka się sublimuje i intelektualizuje. Hasło: nie oddzielać a łączyć sztukę “czystą” ze sztuką “stosowaną”, “elitarną” z “masową” wydaje mi się hasłem najrozsądniejszym. Zabawa taneczna dzięki celowej oprawie plastycznej może stać się pierwszą lekcją niełatwych problemów malarstwa współczesnego; najbardziej rozrywkowy magazyn może i powinien drukować wiersze wybitnych współczesnych poetów. Trzeba badać, kształtować, podnosić gusty publiczności, a nie odcinać się pogardliwie, w abstrakcyjnych biadoleniach drukowanych w pisemkach o małym nakładzie. Poza tym sądzę, że najgorszy okres ataku szmiry na kulturę, kiedy to jednodniowe powieści niepodobne ani do życia, ani do literatury wieńczono państwowymi nagrodami – mamy już poza sobą.”

Zbigniew Herbert (Patryk) [w:] Tygodnik Powszechny,  rok 1957. (Węzeł Gordyjski)

Wprawdzie za oknem mróz, amatorzy jazzu wyewoluowali tymczasem w elitę ;), traktowaną z respektem przez miłośników kwartetów smyczkowych, zaś najgorszy okres ataku szmiry na kulturę – jak się zdaje- wciąż jest jeszcze przed nami, niemniej środki zaradcze proponowane przez autora felietonu nie straciły na aktualności ;)

Ciało

“Dano mi ciało, co zrobić z tym ciałem,
takim jedynym, własnym i zuchwałym?”

O. Mandelsztam

“Ciało jest dla kobiet zadaniem, balastem, lokatą kapitału i nadziei, koszmarem, którego istnienie uruchamia niemałą część nowoczesnego biznesu. Z kobiecym ciałem ciągle trzeba coś robić, żeby było jakieś, żeby się móc w nim rozpoznać, lub by móc je zaakceptować. Usta, najlepiej czerwone, wydęte, wilgotne, erotyczne. Trzeba więc ich stale doglądać, niczym niesforne dzieci, poprawiać, nawilżać, korygować, wypełniać. Trudno co prawda dzięki tym wszystkim zabiegom normalnie spożywać posiłki czy pić napoje, ale jaki efekt! Kobieta z męskich snów nie dość, że jest gładka jak aksamit, to jeszcze jest przedziwnie wykończona, jak spod igły (męskiego) krawca. Jej dłonie wieńczą pomalowane, długie paznokcie, które czynią ją bezradną wobec prac, np. konieczności stukania w klawiaturę; jej stopy tkwią w butach na wymyślnych, niebotycznych obcasach, które czynią ją bezradną wobec napastników (nie ucieknie) czy ruszającego z przystanku autobusu (nie dogoni), za to sprawiają, że pod koniec życia będzie wdzięcznym pacjentem specjalistów. Jej oczy skryte są za kilkoma gramami tuszu nałożonego na rzęsy, które – stworzone przez naturę do higieny oka stają się zaprzeczeniem własnej istoty; zamiast chronić przed kurzem- stają się jego siedliskiem. Kobiety, gdy patrzą na swoją twarz, oceniają ją, afirmują lub jej nie znoszą. A ponieważ są z reguły pracowite i skupione na konkrecie, zabierają sie do pracy, codziennie, kilka razy dziennie, mozolnie, z uporem, marnotrawiąc czas, energię i gubiąc swoją tożsamość.  Ileż to różnych kobiet mieszka w naszym łazienkowym lustrze: ta zmęczona, ta przed makijażem, ta w trakcie makijażu, ta, która jest mimem, bo zaschła na jej twarzy maseczka obkurczająco-czyszcząca, wreszcie ta, którą chciałoby się być, a która z wiekiem coraz bardziej się oddala. A włosy? Można by napisać doktorat o niechęci naszej kultury (i innych) do włosów. Jak są proste, kręcimy je, jak są kręcone – prostujemy. Jak są blond, farbujemy na czarno, jak ciemne, dodajemy pasemka. Owłosienie na ciele kobiety jest tak radykalnie niezgodne z kanonami nie tylko piękna ale i “kobiecości”, że chcąc wyjść za mąż, zachować mężów i w ogólności podobać się – trzeba pilnie kontrolować owłosienie. Chudą być! Anorektycznie lekką i kościstą. Jak Barbie. “Ponieważ nie można zaprzeczyć niewinnemu zapotrzebowaniu organizmu na pokarm, ciało staje się wrogiem, obcym bytem mającym na celu jedynie udaremnienie dyscyplinującego projektu”- pisze Sandra Lee Bartky. Walka z nadwagą może stać się nośnikiem sensu bycia. Sens bycia bowiem to nic innego jak pewna całość podporządkowana celowi, który wprowadza ład. Myśl o odchudzaniu ożywia stary mit początku: “zaczynam od jutra”, “od poniedziałku”, “od nowego roku”, daje poczucie przeżywania sytuacji granicznych: “będę piła tylko wodę”, “będę jadła tylko selery”, “nie będę nic jadła prócz 1000 kalorii dziennie”.”

Magdalena Środa, Kobiety i władza.

“A każdy swoje ciało ma i swoją w ciele ciemność. Cóż nam zostało?”- śpiewał Jacek Kaczmarski… Z ciałami jest problem co najmniej od czasów Platona, który przekonywał, że to dusza jest tym, co w człowieku boskie, wieczne i piękne. Platoński dualizm, prymat poznania rozumowego (świat idei), nad poznaniem zmysłowym (świat materii), kładzie się cieniem na całej naszej kulturze. Rozwijamy umysły, zdobywamy wiedzę, pozycję…a ciało niby cichy sługa jest naszym mniej lub bardziej milczącym towarzyszem. Z ciałami jest problem, kiedy nie są takie, jak powinny być, czyli zdrowe, piękne, młode, jędrne, wysportowane, sprawne. Niewiele jest w naszej kulturze wzorców harmonijnego rozwoju ducha i ciała. Znacznie więcej fiksacji na temat ciał: obsesyjne zainteresowanie jego seksualnością, przykrajanie do wyśnionych ideałów, niby do jedynej, porządnie zrobionej boskiej foremki, rozpaczliwe próby powstrzymania starzenia, aż do granic absurdu. Filozofia wschodu, która notuje u nas okresowo fale zainteresowania, wypracowała na przestrzeni tysięcy lat programy rozwoju ducha połączone z pracą nad własnym ciałem, idee spójności jako ideał, którego osiągnięcie pozwala na pełną realizację własnych możliwości, własnego potencjału. Ale kto jest dziś w stanie, w kulturze, w której żyjemy, nie zgubić się i pójść taką drogą, świadomie przeciwstawić się naszemu dziedzictwu (z chrześcijańską pogardą dla ciała), przemysłowi kosmetycznemu i reklamie (które cierpliwie kreuje w umysłach konsumentów potrzeby posiadania np. kremów na różne partie skóry), medialnemu ideałowi piękności (zapełniającemu kolejki w gabinetach piękności, chirurgów plastycznych, u dietetyków i psychiatrów) czy wreszcie naszym bliźnim, odchudzającym się lub świetnie wyglądającym, częstującym kalorycznymi przekąskami “mizernie coś wyglądasz”, zawstydzających odmawianiem wszelkich pokarmów “jestem na diecie”, obgadującym : “ależ ta Iksińska schudła”, “ten Ygrekowski to się dopiero roztył”, zafascynowanym “jak dobrze wyglądać nago”, “jak się nie ubierać”,”jak schudnąć 20 kg w 5 dni”, “w rękach chirurgów plastycznych”, itp. itd.

Bo ciało można traktować z rozpaczliwą atencją i poddać się jego dyktatowi. Maskować jego niedoskonałości kostiumem (ach dobry kostium, to materiał na cały elaborat!), przystrajać szczególnie udane fragmenty makijażem, przykrajać i rozciągać, by stworzyć złudzenie wigoru i młodości, uklepywać, ścierać, odnawiać… Ćwiczyć i rzeźbić niedoskonałe ciało, wypełniać silikonem, ostrzykiwać botoksem, bombardować “molekułami” i witaminami, szprycować recepturami na wigor, brak snu czy koncentracji, eksperymentować z dietami cud, liśćmi cud, pastylkami-cud, właściwie zajmować się nim 24h na dobę. Gdyby przeciętny zjadacz chleba chciał wypełniać nakazy wszystkich specjalistów od ciała, powinien codziennie ćwiczyć ciało, dotleniać ciało, masować różne fragmenty ciała (w tym twarz), chroniąc je przed zwiotczeniem, codziennie z atencją pielęgnować ciało, relaksować ciało, gładzić ciało, upiększać ciało, chronić przed starzeniem, oczyszczać od zewnątrz i wewnątrz z jednoczesnym zaopatrywaniem w niezbędne składniki…(listy konieczności z pewnością nie wyczerpałam…) ;)

Ciało można też odrzucić, znienawidzić, jako przymusowe więzienie duszy, uczynić czymś nieobecnym, niemal przeźroczystym, bo nie jest “takie jak aktualnie lansowany ideał”, bo “wymknęło się spod kontroli” lub “jest kalekie czy chore”. Można je rujnować alkoholem, papierosami, narkotykami, zaśmiecać bezwartościowym pożywieniem, lekceważyć jego potrzeby, zająć się wyłącznie własnym intelektem. Zaniedbane ciało – pogardliwie traktowany niewolnik, o szarym odcieniu skóry, zesztywniałych stawach, przepocone, wstrętne posiadaczowi, z wiekiem narastające źródło uporczywych dolegliwości, eksploatowane 24h na dobę, ma być sprawne i nie wydawać z siebie ani pisku buntu. Skatowane wymuszonymi pozycjami siedzenia (stania), nadmiernymi ćwiczeniami aż do bólu lub przeciwnie, obciążone nadmiernymi kilogramami, odbierające hormonalnie stresogenne bodźce z umysłu – ciało zaczyna szmerać, kołatać, uciskać, przebiegle i niezauważalnie się degenerować, kłóć, boleć – buntować się i nie mniej bezlitośnie jak ich właściciele wypominać lata zaniedbań i brak troski. Idzie więc pognębiony władca ciała, gdy sygnały płynące od niewolnika zagrażają już integralności jego wspaniałego ducha do lekarzy ciała, żeby coś zrobili, najlepiej naprawili to, co zepsute. Czasem naprawią, a czasami jest za późno. Umiera się przecież cieleśnie.

Można jednakże potraktować swe ciało jak dom (hröa), jako towarzysza podróży czy wreszcie jako obiekt sztuki życia. Ciało, którego zewnętrzność odbija naszą osobowość, pragnienia i potrzeby – i stan naszej duszy. Z uwzględnieniem kolorów, które oddają nastroje, form, które w zależności od potrzeb chronią, podkreślają, ukrywają – zawsze jednak pozwalając ciału na swobodę. Pozwalając ciału na relaks, którego potrzebuje, na ekspresję (np. tańcem, gestem), która nadaje mu znaczenie, dostarczając mu troskliwie dobranego pożywienia, które zapewni mu sprawność i dbając o codzienną dozę ruchu dla niego, by jak najdłużej nam służyło niczym dobrze naoliwiony mechanizm, którym w istocie jest. To na pewno wymaga czasu, potrzebnego na wypracowanie sobie dobrych dla ciała nawyków. Wymaga też troskliwości, by wsłuchać się w jego potrzeby, uwagi względem zmysłowych odczuć i komunikatów. Tak naprawdę nie jest łatwo dowiedzieć się, czego nasze ciało chce i potrzebuje. A niemało czasu i umiejętności porządkujących zajmuje wyłuskiwanie ze świata informacji, co jest dla ciała dobre, jakie zaś zabiegi są już przesadą i propagandą. Ale warto. Dom duszy traktowany z czułością służy długo i wiernie, zdolny jest do wykonywania wielkich zadań, zadziwia możliwościami regeneracji, odbiera fascynujące bodźce z otoczenia i jest źródłem wielkiej fizycznej radości i przyjemności życia. Przyglądam się swojemu ciału, staram się je chronić, nadawać mu znaczenie. Mam swój dobry, stale rozwijany program, który z realizuję nie bez wzlotów i upadków. A dla pociechy i nauczenia się uwagi wobec ciała czytam Poświatowską:

Podsłuchane

Gdy tak leżą bezczynnie lewa zwrócona ku prawej, prawa ku lewej, o czym szepczą moje stopy w nie kończące się zimowe wieczory. One mówią, sobie mówią o nagrzanym sypkim piasku przywierającym do nich miękko. Bezwładnie tak leżące myślą o ziemi, ciągle o ziemi. Wąskie trawy tam rosną i nakrapiane jaszczurki przebiegają pospiesznie. Ostrożnie, żeby nie spłoszyć odpoczywającej mrówki, idą jedna za drugą, jedna przed drugą moje śmieszne bose nogi.

nie mam dawnej czułości dla mojego ciała

nie mam dawnej czułości dla mojego ciała
jednak je toleruję jak pociągowe zwierzę
które jest pożyteczne chociaż wymaga wielu starań
dostarcza bólu i radości i bólu i radości
czasem zastyga z rozkoszy
a czasem jest schronieniem dla snu

znam jego korytarze kręte
wiem którędy przychodzi zmęczenie
jakie ścięgna napina śmiech
i pamiętam jedyny smak łez tak podobny
do smaku krwi

moje myśli – stado trwożnych ptaków
karmią się na zagonie mego ciała
nie mam dla niego dawnej czułości
ale czuję ostrzej niż przedtem
że sięgam nie dalej niż moje wyciągnięte ręce
i nie wyżej niż mogą mnie unieść wspięte palce u nóg

Eva Cassidy – Somewhere over the Rainbow
niebo jest niebieskie…

Czym są chwile

“Wszystkie dzieła sztuki znajdujące się w naszym pokoju były pochodzenia chińskiego: wycinanki w korku i akwaforty, samurajskie szable, małe, jedwabne parawany. Podochoceni rybacy byli ostatni z wesołej gromadki porcelanowych figurek, lalek i pingwinów w kapeluszach, która stopniowo wykruszała się, padając ofiarą niezdarnych gestów lub konieczności prezentów urodzinowych dla różnych krewnych. Jeśli idzie o porcelanę, niezwykle wykwintną nawet na moje niewprawne oko, matka nie chciała słyszeć bodaj o jednym, ślicznym spodeczku na naszym stole. “To nie dla oferm”, tłumaczyła nam cierpliwie. “A wy jesteście ofermy. Bardzo niechlujne ofermy”. Zresztą, naczynia, jakich używała, były wystarczająco eleganckie i odporniejsze.

Pamiętam pewien ciemny, zimny, listopadowy wieczór 1948 w małym pokoju o powierzchni 16 metrów kwadratowych, który zamieszkiwałem wraz z matką w czasie wojny i bezpośrednio po niej. Tego wieczoru ojciec wrócił z Chin. Pamiętam dzwonek do drzwi. Matka i ja pędzimy do słabo oświetlonego korytarza, nagle pociemniałego od mundurów marynarskich. Mój ojciec, jego przyjaciel i kolega kapitan F.M. oraz kilku wojskowych wchodzi, taszcząc trzy olbrzymie kufry pełne chińskich łupów z wymalowanymi, gigantycznymi niby ośmiornice, chińskimi literami. A później kapitan F.M. i ja siedzimy przy stole, podczas gdy ojciec rozpakowuje kufry, matka, na wysokich obcasach i w żółto-różowej krepdeszynowej sukience, klaszcze w ręce i wykrzykuje Ach! oh wunderbar! Wykrzykuje je po niemiecku, języku jej łotewskiego dzieciństwa i ówczesnego zajęcia- była wtedy tłumaczką w obozie dla niemieckich jeńców. Kapitan F.M., wysoki, prosty jak drut mężczyzna w granatowym, rozpiętym mundurze, nalewa sobie z karafki, robiąc do mnie oko jak do dorosłego. Paski o klamrach ozdobionych kotwicami i rewolwery w futerałach leżą na parapecie okna. Matka aż oniemiała na widok kimona. Wojna się skończyła, jest pokój, jestem za mały, żeby odmrugnąć.

Teraz jestem dokładnie w tym samym wieku, co ojciec owego listopadowego wieczora. Mam 45 lat i widzę tę scenę z nienaturalną ostrością, choć wszyscy jej uczestnicy, z wyjątkiem mnie, nie żyją. Widzę ją tak wyraźnie, że mogę odmrugnąć kapitanowi F.M… Czy tak miało być? Czy w tym odmrugnięciu z czterdziestoletnim opóźnieniem tkwi znaczenie, które wymyka mi się? Czy na tym właśnie polega sens życia? Jeśli nie, to skąd ta ostrość widzenia? Po co? Nasuwa się tylko jedna odpowiedź – aby ta chwila trwała, aby nie została zapomniana, gdy wszyscy aktorzy, włącznie ze mną, znikną. Aby łatwiej było pojąć jej znaczenie – nadejścia pokoju. Dla jednej rodziny. A przy okazji, żeby pokazać czym  s ą  chwile. Niechby to był tylko powrót ojca, otwarcie kufra. Stąd ta fotograficzna ostrość. A może dlatego, że będąc synem fotografa, wywołuję po prostu w pamięci film? Zdjęcie zrobione własnymi oczami dokładnie czterdzieści lat temu. Dlatego wtedy nie mogłem odmrugnąć.”

Josif Brodski, Dyptyk petersburski, czyli przewodnik po przemianowanym mieście.

Wczoraj stłukł mi się ulubiony dzbanuszek “Tea for one”, strącony niechcący ze stołu zaczepionym o niego kocem. Co za pech…Ach, kocu niedobry. Martwy przedmiocie puchaty, w którym nie można wywołać nawet poczucia winy za bolesne naruszenie uczuć i choć trochę powetować sobie stratę… Dzbanuszkowi odpadło ucho, a z przykrywki odturlała się pod stolik biała kuleczka, służąca niegdyś do chwytania. Uklękłam w poszukiwaniu okruchów porcelany i nagle z uświadomiłam sobie, jaki rozdzierający to widok, gdy okaleczony imbryk zieje prosto w oczy poszarpaną raną. Zachciało mi się płakać… Och, mam zapasowy dzbanuszek, taki sam. Rzecz jednak w tym, że zapasowy miał zapewniać mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Miał być “na wszelki wypadek”. Kiedy nadszedł “wszelki wypadek” wcale nie czuję się szczęśliwsza, że go mam. Żaden zastępczy przedmiot nie wymaże poczucia straty i nie usunie z pamięci widoku rozłupanych żółtych słoneczników…

Są ponoć dwie szkoły postępowania z porcelaną. Patrzenie na nią i używanie jej. Oba obarczone niedogodnościami. Pierwszy redukuje niebezpieczeństwo destrukcji cennego przedmiotu w ręku ofermy. Lecz nie pozwala się nim w pełni cieszyć (niektórym estetom jednakowoż wystarcza sama przyjemność posiadania i napawania się widokiem od czasu do czasu) . Drugi pozwala na rozwinięcie w pełni użytkowego i estetycznego wachlarza możliwości przedmiotu. Ale obarczony jest ryzykiem jego utraty. Zabezpieczyłam się. Chciałam mieć ciastko i je zjeść.  Lecz teraz wiem, jak bardzo jest to złudne i wcale nie boli mniej.

Można by oczywiście nie przywiązywać się, jak głosił Barańczak w swoim słynnym wierszu, lecz przecież to właśnie zakorzenienie pozwala czuć, że się żyje, nawet za cenę bolesnej ostrości widzenia, ironii spostrzeżeń i żalu, że tak kruchy jest nasz świat.

O fikcjach

Na podsumowanie roku z WordPressem, wypisy z miejscami interesującego eseju “Formy zapomnienia” Marca Augé.

“Jeśli definiujemy innych jako żyjących w pewnego rodzaju fikcji (w którą, nie zapominajmy, wkracza wiele różnych postaci: bogów, duchów, czarodziei…), to tym samym określamy samych siebie jako obiektywnych obserwatorów, uważających, aby nie wkraczać w historie innych, nie narzucać im ról; tak postępując, zapominamy o fikcjach, w których sami żyjemy. Fikcja innych zmienia znaczenie w momencie, kiedy stajemy się świadomi, że wszyscy żyjemy w fikcji. Dzięki pytaniom, jakie mi stawiają, i zmianie oprawy, jaką mi narzucają, to właśnie inni pomagają mi uświadomić sobie narracyjny wymiar wszelkiej egzystencji. Choć nasze fikcje są odmienne, to jednak podlegają tej samej regule: żadna jednostkowa fikcja nie jest ściśle współczesna wobec drugiej (każdy ma swoją przeszłość i swoje oczekiwania), a wyeksponowane pod wpływem wywiadu i spotkania innych kultur różnice są różnicami stopnia, nie wynikają zaś z natury. Jak można wątpić w to, że jednocześnie żyjemy w kilku opowieściach? Wiadomo, że w każdym z tych opowiadań odgrywamy inną rolę i nie zawsze udaje nam się otrzymać najlepszą z ról.  Co więcej, wiem też, że niektóre z tych historii są bardziej intymne, są dla nas bardziej osobiste. Nie zawsze jesteśmy w stanie oprzeć się pragnieniu ich wielokrotnego odgrywania, ponownego modelowania, aby dostosowywać je za każdym razem do tego, czym akurat jesteśmy w danym momencie życia. Oczywiście, fakt nagrywania opowiadań innych “uczestniczenia” w ich “fikcjach”, nie jest, można przypuszczać, bez znaczenia wobec życia obserwatora i jego własnych “fikcji”. Narracje jednych i drugich nie mogą istnieć bez wpływania na siebie lub, ściślej, bez wzajemnego rekonfigurowania się jednych i drugich. Jest prawdą, że po wywiadzie etnologicznym nikt, ani badani, ani prowadzący, nie wychodzi bez szwanku: po wszystkim ich życia nie będą już takie, jakimi były przedtem. Ogólnie rzecz biorąc, konfliktowe spotkania między wspólnotami – fenomen kolonizacji – prowadzą, jak wiadomo, do wytworzenia zarówno na poziomie jednostkowym, jak i wspólnotowym, nowych opowieści, na podstawie których dzisiaj zaczynamy rozumieć (ku najwyższej trwodze rasistów czystej krwi), że w dłuższej perspektywie czasu zmienią być może tak samo życie i opowieść dawnych kolonizatorów, co dawnych kolonizowanych: w ten sposób historia sztuki, a szczególnie muzyki osiąga w skali światowej to, co być może nie miało precedensu w historii ludzkości. Nie ma już dziś, bez wątpienia, żadnej historii religii (włącznie z historią monoteizmu), która nie byłaby zmuszona wziąć pod uwagę dwóch zjawisk, jakie aktualne, nadnowoczesne “przyspieszenie” ogarnia w sposób dotąd nieznany: przekształcenia wszystkiego w opowieść i procesu indywidualizacji.”

Konkluzją wywodu jest, że każdy z nas wzbogaca fikcje, w których żyjemy o własny komentarz, co skutkuje oryginalnym przekształceniem referencyjnej treści. A zatem, skoro nasze fikcje wpływają na siebie, czyż nie warto zatroszczyć się o ich staranny wybór?

Nieodparcie nasuwa mi się jednak refleksja, że  obiektywizm poglądów i dystansowanie się pod jego egidą jednej narracji do drugiej to troskliwie pielęgnowany przez nas mit :) Cóż w końcu znaczy zdanie większości, cóż nauka, podważająca raz po raz swoje wyniki, nie będąca w stanie wyczerpać rzeczywistości? Cóż ostatecznie – nasze własne fikcje? Kartezjusz wątpił we wszystko, w co tylko wątpić był w stanie, póki nie doszedł do ściany, na której zakwestionował własne istnienie. Idąc ostrożnie za nim, Bertrand Russel rozważył problem subiektywizmu i uznał, że “wszelka wiedza opierać się musi ba naszych przekonaniach instynktownych, a jeśli je odrzucimy, to nic nie pozostanie”. Jeśli więc nie mamy nic, prócz naszych fikcji, warto je chyba jednak od czasu do czasu kwestionować…(choćby dla gimnastyki umysłu i psychicznego zdrowia wolnego od zacietrzewienia posiadaniem prawdy objawionej) ;)

“Większość dziś temu zaprzecza. Nie ma rady: Uniwersytet spycha dusze w gęste bajoro lektur, trupich i nudnych, co młodego człowieka, marzącego o pisaniu, przydusza do ziemi i wzlecieć w niebo nie pozwala. Ale źródła całej sprawy – dużo bardziej jadowite. Naprawdę marzymy o tym, by spotkać Dziecko Bogów. Dziecko Bogów to ktoś, komu talent spadł z nieba. Talent podbudowany edukacją wydaje się podejrzany. Dzika łatwość talentu nie podbudowanego pracą – oto marzenie. Jak w filmie Formana o Mozarcie, w którym dorosły Amadeus jest wiecznym bachorem, któremu spod palców z absolutną łatwością sypią się jedno za drugim same arcydzieła. Prawdziwy naturszczyk Epoki Świateł! Coś w rodzaju Himilsbacha albo szofera Hłasko muzyki XVIII wieku. Kult gwiazd rocka – zresztą podobny. Oto Orfeusze, których noga nie przestąpiła nawet progu szkoły muzycznej. Pewnego dnia wzięli do ręki lirę, a ona zagrała im w palcach, zadziwiając świat na obu półkulach.

Otóż ja wierzę, że Amadeus był taki, jakim go pokazał Forman. I że taki jest każdy prawdziwy talent. W Polsce w XX wieku taki talent miał tylko jeden pisarz: Gałczyński.

Nie dajmy się jednak zwariować. Bo rację ma też Jan Błoński, kiedy powiada, że wszystko bierzemy od wielkich pisarzy.”

Stefan Chwin, Kartki z dziennika.

Jak jest z tym talentem? Czy jest on, jak twierdzi M.Gladwell sprawą wytrwałości i poświęcenia 10 000 godzin na ćwiczenia i szlifowanie umiejętności? A może też sama wieloletnia praktyka nie czyni mistrzem, najważniejsze jest przemyślane ćwiczenie, co stara się udowodnić Geoff Colvin. Badania naukowe kontra doświadczenie i mit naturszczyka ;) A może, jak zwykle, prawda leży gdzieś pośrodku i talent jest wypadkową rozwijanego daru, wysiłku i przysłowiowego łutu szczęścia?

Starsze wpisy »