“Kobiety dzieliły się na wygnanki i pomocnice w istnieniu. Mężczyźni dzielili się tak samo, tyle tylko, że pilniej skrywali swój sekret.
Zadomowione w istnieniu zdarzały się rzadko, podobnie zresztą jak mężczyźni. Może właśnie dlatego dość wcześnie zacząłem obserwować konszachty kobiet z materią. Pochłaniały mnie prawdziwe studia nad naturą dotyku, filozoficzne dywagacje nad kształtem palców, alchemia linii papilarnych, rzucająca światło na zagadkę wygnania. Dzieliłem ludzi wedle sposobu chodzenia, ruchu rąk, a przede wszystkim wedle sposobu ujmowania rzeczy. Klasyfikacje godne Linneusza! O tak, to było bardzo ważne, jak ludzie ujmują pióro, filiżankę, kartkę, nóż, bilet tramwajowy, zapałkę, jabłko, jak unoszą, przenoszą, odkładają, przysuwają, zakręcają, odkręcają, podrzucają, obracają, popychają, myją, wycierają, polerują… Dłonie i rzeczy! Subtelny balet palców! Partytury dotyku! Każdy z gestów mówił mi coś o związku duszy ze światem. Może już wtedy zacząłem się domyślać, że to, co się dzieje między nami a rzeczami jest równie ważne dla poznania naszego ziemskiego bytu jak słowa, które wypowiadamy, bo czasem w drobnym geście odsłania się ważna tajemnica człowieka.
Zachwycały mnie dziewczynki, które z ciepłym, ironicznym uśmieszkiem potrafiły położyć sobie żywego ślimaka na ramieniu, mrucząc: “ślimak, ślimak wystaw rogi, dam ci sera na pierogi…”, czego ja – podobnie jak wielu z nas – nie byłbym w stanie zrobić nigdy. Lubiłem patrzyć na kobiety piszące listy, czytające książkę, obierające jabłko albo brzoskwinię, lakierujące paznokcie czy malujące usta szminką wcale nie dlatego, że – jak mówił Ojciec- wywiązywały się ze swoich “kobiecych obowiązków”, tylko znowu- po prostu z dzikiej zazdrości. Mój podziw budzili ludzie o czułych palcach, pracujący w ciepłej zgodzie z materią: hafciarze, kaligrafowie, gotyccy kopiści, zegarmistrze, rytownicy, szlifierze, mistrzowie mikroskopijnych przestrzeni, większych od oceanu. Urzekały mnie kobiety, które z czułą i trochę bezczelną łatwością bawiły się igłą, kretonem, jedwabiem i taftą. Które się nie wściekały, że muszą coś przyszyć angielskim ściegiem, wymagającym nie tylko czułości, lecz i talentu. Które nie przeklinały, że “nie mogą nawlec tej przeklętej igły”. Kochałem obrazy Vermeera, na których kobieta, dotykając aksamitu czy jedwabiu cieszyła się porowatością, śliskością, gładkością świata, tak jakby barwna materia była domowym emblematem Wszystkiego, a cała scena alegorią radości z własnego istnienia. Bo cieszyć się z własnego istnienia to wcale nie była prosta sprawa. Niewielu to potrafiło. Bo były też Ewy żyjące w wiecznej niezgodzie ze światem. Ptasie kurczenie łokci przy jedzeniu. Ostrożne siadanie na brzeżku krzesła. Kulenie się. Strachliwe dziobanie widelcem kartofelka na talerzu. Nerwowe, pełne irytacji krojenie chleba. Jakież tam znowu były z nich delegatki natury! Instynktownie cofały rękę. Skłócone z materią, nienawistne. nieszczęśliwe. Wypędzone z istnienia. Na wiecznej emigracji. Na wiecznym Sybirze. Kuchnię odczuwały jak piekło dotyku. Spłukiwały wszystko natychmiast z dłoni, jakby w prosektorium dotknęły trupa, a przecież po prostu dotykały świata. Ich ciało było odgrodzone przerażeniem i odrazą od grzęzawiska, w którym musiały jakoś żyć – tak jak ja. Rozumiałem je dobrze. Bo ja też miałem swój prywatny Sybir. Dlatego szukałem kogoś, kto by mnie z tego Sybiru, z tej Ziemi Egipskiej, z tego Domu Niewoli, wyprowadził, ale dość szybko pojąłem, że słowo- nawet najmocniejsze słowo poetów i teologów – jest w tej sprawie bezsilne i wygnanie można uleczyć tylko dotykiem, albo choćby i czułą obserwacją dotyku, w której ciekawość łączy się z empatią.
Prawdziwą ojczyzną ciepła były jej dłonie. Wystarczyło tylko, by te swoje ciepłe, dobre dłonie położyła na mojej dłoni, a zmieniało się wszystko. Kochałem ją i zżerała mnie zawiść, którą skrywałem głęboko. Dlaczego- pytałem siebie – nie zostałem obdarowany jak ona? Ona dostała to już w chwili urodzenia – za nic. Żadnych zasług – a takie bogactwo. Bo moja dusza – inaczej niż jej dusza- była niespokojna.
O rzeczywistym powrocie do Ogrodu Świata mogłem tylko marzyć. Nie dla psa kiełbasa. Bo ci, którzy zostali wygnani- takie podejrzenie zrodziło się w moim sercu – zostali wygnani na zawsze i pozostaje im tylko komedia pozorów – próba zaleczenia rany plastrem teologii, wędrującej po obrzeżach herezji w poszukiwaniu obrazów i symboli, mających podobno – złudna nadzieja! – nas uzdrowić.”
Stefan Chwin, Kartki z dziennika
Kto z nas jest wygnany a kto zadomowiony w istnieniu? Co z tymi pomiędzy? Tymi, których istnienie cieszy lecz nie wystarcza? Którzy mają gdzieś w głębi poczucie, że mogłoby wystarczać, gdyby się postarać- gdyby uwierzyć, i zaufać tymczasowości? Nie patrzyć zbyt daleko przed siebie? Co z przelotnymi ptakami, które zadomawiają się tylko na chwilę, by wyruszać znów na wygnanie, szukają, i w tym poszukiwaniu znajdują radość lecz jednocześnie przeczuwają, że szczęściem jest zapuścić korzenie, wrosnąć w gniazda, że ciepło materii tuli tęsknotę i niepokój? Lecz co wtedy zrobić z lękiem, że nic nie jest na zawsze? Że nie można się przyzwyczajać, bo utracić jest zbyt łatwo, zbyt boleśnie…?

Jesteśmy takimi wygnańcami z niebytu, którzy chcą się gdzieś zadomowić w istnieniu.
Jeśli istnienie nas cieszy, to już wystarcza…
To właśnie w tych momentach żyje się chwilą.
Lęk czai się na nas na progu przyszłości, której nie znamy. Może ogarnąć nas smutek, kiedy widzimy jak ginie chwila, która nam sprawia radość. Bowiem lękamy się, że następna przynieść nam może ból.
Piękny fragment… Bardzo prawdziwy. A co z tymi, dla których ten świat jest zbyt ciasną klatką? Którzy czują się jak niewidomi usiłujący zobaczyć słońce?
Muszę powiedzie że chyba jestem już zadomowiona…po latach tułaczki, braku znalezienia w sobie odrobiny szczęścia w nie zawsze przyjaznej rzeczywistości, odnalazłam sens trudów i niepowodzeń, sens mozolnej codzienności…kazdy dzień nawet ten ‘zwykły’, niepozornie ‘normalny’ jest wyjątkowym jeśli tylko ja tego będę chciała…o ileż łatwiej wędrowac przez życie dostrzegając piękno na codzień, zrobienie zakupów uśmiechajac sie do sprzedawcy, nie marudząc że wszystko drożeje…upiec chleb chociaż za oknem 30st a w kuchni jeszcze cieplej, patrząc później jak bliscy go jedzą z apetytem i usmiechem…jestem szczęśliwa!
Uwazam sie za zadomowiona, ale jeszcze nie calkiem. Jeszcze na cos czekam, jeszcze Wielkie Cos ma sie wydarzyc, jeszcze zmieni sie moje zycie. Kiedy? – tego nie wiem, nie jestem pewna tez, czy mam dalej robic swoje, po prostu, czy trzeba wlozyc wiecej wysilku (rozsadek podpowiada glosno, ze to drugie). Najwazniejsze to to, ze chyba zdobylam sie na wieksza ceirpliwosc, juz nie oczekuje, ze wszystko przyjdzie teraz, natychmiast, ale ze na wszystko jest pora. Co do wygnania, to cenie takie wynikajace z wlasnej woli, nie wymuszane, bo te przynosza tylko bol i cierpienie, ziemia jest za twarda by tacy uchodzcy mogli zapuscic korzenie z ufnoscia.
Jestem gdzieś pomiędzy….
Rzeczywiscie cieszyc sie z wlasnego istnienia to nie jest prosta sprawa. I to chyba czuja, zarowno zadomowieni, ktorzy w materii poruszaja sie ze swoboda jak i wygnani, ktorzy nie potrafia sie w niej odnalezc. Czy cieszyc sie z wlasnego istnienia to wlasnie o nim nie myslec? Czy raczej codziennie wsrod tysiaca porownan uparcie powtarzac, ze ono jest, jakie jest, najwazniejsze, ze nasze i jedyne, niepowtarzalne?
Zadałaś te wszystkie (!) pytania, która mogłabym sama zdać. I te same mam wątpliwości… “(…)gdyby się postarać- gdyby uwierzyć, i zaufać tymczasowości?”. I z tym lękiem właśnie – co zrobić? Co zrobić z często powracającym przeświadczeniem, że “szczęście jest gdzie indziej”?… Że to te inne okoliczności, inny człowiek, inny wybór?…
Uwielbiam dotykać :). Uwielbiam prace (jak plecenie wielobarwnych opasek) wykonywane samymi palcami. Uwielbiam budować z piasku – bo tam też jest czysty dotyk, i ugniatać ciasto. Z materią żyje mi się dobrze. Ale ukorzeniona nie jestem :)))…. Podobnie jak Chihiro, długo wydawało mi się, że jeszcze stanie się COŚ!… :). Stało się, gdy przestałam czekać. Ale teraz, gdy wiem, że jakieś WIELKIE Coś znów zdaje się wisieć za progiem, nie czekam… staram się małymi kroczkami zbliżyć do tego progu i po to sięgnąć – bo w moim przypadku WIELKIE COŚ, miało siłę WIELKIEGO WYBUCHU… – wyrwało z korzeniami…. :P.
Abigail, to nie jest tak, ze siedze z zalozonymi rekami i czekam na COS. Raczej mam przeczucie, ze COS sie zdarzy i czekam na to robiac rozne rzeczy, zajmujac sie swoimi sprawami. Zdaje sobie tez sprawe, ze to COS nie bedzie mialo postaci Wielkiego Wybuchu, bedzie raczej rozlozona w czasie sekwencja wydarzen i ze bede miala glebokie poczucie bycia w samym centrum tego CZEGOS. Tak to widze.